poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Cztery łapy i merdający ogon, czyli o tym, jak poznałam Sylvestra

Dzień dobry, cześć i czołem! Jestem Zosia, mam 13 lat, a więc nie jestem jeszcze pełnoletnia. W internecie występuję zwykle pod pseudonimem Verrena, od niedawna 4TheRoar, jednak jako że ten blog będzie nieco.. bardziej osobisty niż moje poprzednie (do których linki dam później), stwierdziłam, że lepiej będzie, jak po prostu podam swoje imię :3
Nie będę udawać jakiegoś wielkiego znawcy, a raczej powiem wprost - jestem podręcznikowym przykładem kociary. Koty są ze mną od zawsze, miałam ich w moim życiu już naprawdę wiele, obecnie towarzyszą mi dwa - pers długonosy i dachowiec. Na psach znam się tyle co nic. 
Nie planowałam mieć psa, nie przed osiemnastką, moja mama nie lubi psów, więc bez sensu było proszenie. 31 października, dnia, w którym obchodzone jest amerykańskie święto "Halloween", spotkałam mojego pierwszego psa - Sylvestra. To była miłość od pierwszego wejrzenia. 
Ale od początku - była to sobota, poranek. Jak co niedzielę pojechałam z tatą do jego siłowni na trening kettelbell (taka dyscyplina sportowa). Nagle wpadła do klubu jedna z klientek. Miała na rękach czarno-biało-rudego psiaka. Jak zobaczyłam go pierwszy raz, trzymanego przez panią, myślałam że to jamnik. Piesek od razu wybrał sobie mnie na przyjaciela i trzymał się mnie. Był jeszcze szczeniakiem, sikał pod siebie, wszędzie go było pełno i ze wszystkiego się cieszył. Okazało się, że biedak został wyrzucony z samochodu. Klientka taty była akurat w drodze do fitnessu, kiedy zobaczyła całe zajście. Postanowiła wziąć psiaka i przywieźć do siłowni. Dzwoniliśmy gdzie się dało, ale nikt nie był zainteresowany przygarnięciem szczeniaka. Z minuty na minuty moje serce coraz bardziej należało do pieska. Prosiłam tatę, by zadzwonił do mamy spytać się, czy możemy zatrzymać psa, jednak mama nie odbierała.
W końcu zadecydowaliśmy, że zawieziemy go do domu, a potem zobaczymy, co dalej - w końcu czworonożne zwierzątko nie może się panoszyć po klubie fitness. 
Mama nie była zadowolona. Nawet mało powiedziane, że nie była zadowolona. 
W końcu jednak udało mi się ją ubłagać i zadecydowaliśmy - szczeniak zostanie u nas na tydzień. Przez ten czas trzeba mu znaleźć dom. Nazwałam go Sylvek. Nie pamiętam, skąd mi się wziął ten pomysł, jednak myślę, że to idealne imię dla mojego psiaka. Niestety, tego samego dnia, na wieczór byłam umówiona na nocowanie u mojej przyjaciółki (Zuza, będę o niej wspominać w późniejszych postach, ponieważ to ona nauczyła mnie wszystkiego, co wiem o psach i pomaga mi zawsze, gdy tego potrzebuję).
Poszłam do niej, wróciłam następnego dnia. Sylvester przywitał mnie w sposób, który jednoznacznie mówił, że umierał z tęsknoty. Przez ten czas, gdy mnie nie było, dostał od mojego brata smycz i obrożę, której używał jego pies jak był mały. 
Gdy przyszłam, moja mama powiedziała, że musimy porozmawiać o Sylvku. Tej rozmowy nie zapomnę już do końca życia. Cytuję:
- Sylvek został adoptowany? 
- Tak.
- Szkoda...  A przez kogo? 
- Przez nas.
To była najszczęśliwsza chwila mojego życia. Dziękuję mojej mamie za to do teraz. 
Ten blog chcę poświęcić na opowieść o moim życiu, do którego nagle wtargnął Sylvester. Do życia osoby, która kompletnie nie zna się na psach.
Na koniec daję zdjęcie mojej miłości, do zobaczenia w kolejnym poście!